Strona główna
O misji
2007 Sprawozdanie
Artykuły
Nowe książki
Partnerzy
Podpisz apel


Cykl filmów "Abonament potrzebny na 100%"

zobacz filmy


List do redakcji

» napisz do nas



Artykuły

Jan Polkowski, dyrektor BZiSK TVP o nowelizacji ustawy medialnej Partia Donalda Tuska chce dokonać skoku na media publiczne oraz uzależnić od siebie telewizje komercyjne. Tekstem Jana Polkowskiego rozpoczęto na łamach "Polski" debatę o nowelizacji ustawy medialnej.

"Polska" (14-03-2008), str. 12: "Nowelizacja ustawy medialnej to powtórka afery Rywina"
Autor: Jan Polkowski

Partia Donalda Tuska chce dokonać skoku na media publiczne oraz uzależnić od siebie telewizje komercyjne.

Tekstem Jana Polkowskiego otwieramy na łamach "Polski" debatę o nowelizacji ustawy medialnej. W najbliższych dniach opublikujemy polemiki Józefa Birki z telewizji Polsat, Karola Smoląga z TVN oraz Jacka Żakowskiego z tygodnika "Polityka".

Platforma Obywatelska przymierza się do nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji z myślą o własnych korzyściach, kamuflując to rytualnym powtarzaniem hasła "odpolitycznienia". Gdyby jednak jej ambicje ograniczały się do wymiany składu osobowego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz władz TVP i spółek radiofonii publicznej, bicie na trwogę można by uznać za przesadę. Ale sprawy wyglądają znacznie gorzej.

PO - acz z różnymi szansami powodzenia - chce realizować dwie groźne strategie: strategię zdobycia kontroli nad połączonym rynkiem telekomunikacyjnym i radiowo-telewizyjnym oraz strategię marginalizacji i zwasalizowania mediów publicznych. Zarówno z projektu nowelizacji, z deklaracji zniesienia abonamentu, jak i z wypowiedzi liderów PO - z premierem na czele - wynika, że tym razem szykowana jest rewolucja, w której media publiczne odegrają rolę ofiary, a nie tylko łupu.

Część ekspertów i polityków opozycji (zwłaszcza LiD) zarzuca autorom nowelizacji, że planując "kolejny skok" na media publiczne, chcą powtórzyć grzech popełniony dwa lata wcześniej przez koalicję PiS, LPR i Samoobronę. Otóż warto zauważyć, że tamten "skok" nie dość, że ograniczył się do przejęcia przez parlamentarną większość kontroli nad KRRiT i zmniejszenia jej liczebności do pięciu członków, to zmiany personalne w mediach publicznych nastąpiły dopiero po zakończeniu kadencji rad nadzorczych i zarządów.

PO zmierza zaś do ponownego zwiększenia liczebności KRRiT oraz do zmiany systemu podejmowania przez nią uchwał w sposób (zwykłą większością zamiast kwalifikowaną), który zmarginalizuje znaczenie debaty i dochodzenia do decyzji w drodze konsensusu, a tym samym członków KRRiT mianowanych przez prezydenta RP oraz innych pozostających tam w mniejszości pozbawi wpływu na jej decyzje. PO zamierza także przerwać trwające kadencje rad nadzorczych TVP oraz spółek radia publicznego.

Na takim tle działania sprzed dwóch lat były zaledwie "skoczkiem", który zresztą zmierzał do zwiększenia ideowego pluralizmu na rynku mediów, a ustrojowych fundamentów nawet nie tknął.

Wysadzenie owych fundamentów przewiduje za to nowelizacja przygotowana przez PO. Projekt odbiera konstytucyjnemu, kolektywnemu organowi, jakim jest KRRiT, uprawnienia regulatora i przenosi je do Urzędu Komunikacji Elektronicznej, kierowanego jednoosobowo przez prezesa podległego premierowi. To oznacza uzależnienie od rządu nie tylko nadawców publicznych, ale i wszystkich pozostałych. To już wystarczający powód, by bić na alarm, a skala zagrożenia jest jeszcze większa.

Ze względu na kompetencje, jakie UKE posiada już obecnie, może dojść do skupienia w jednych rękach kontroli zarówno nad rynkiem telekomunikacyjnym, jak i radiowo-telewizyjnym. Takie wcielenie formuły dwa w jednym nie dość, że oznaczałoby podporządkowanie rządowi sektora gospodarczego o wielomiliardowych rocznych obrotach, to na domiar złego komasację rządowej kontroli nad lwią częścią sfery komunikacji społecznej w ogóle.

A to wszystko w przeddzień rewolucji cyfryzacyjnej, która m.in. będzie oznaczać, że zwielokrotnieniu ulegnie ilość chętnych ustawiających się w kolejce po koncesje nadawcze. Prezes UKE zyska władzę zbudowania od podstaw nowego, połączonego rynku "pankomunikacyjnego" i rozdania jego uczestnikom ról na długie lata. Jest nadzieja, że opisana powyżej strategia PO nie zostanie zrealizowana, przede wszystkim z braku sojuszników. Wpływowe siły w świecie polityki i mediów nie mają interesu w tym, by ułatwić rządzącym zaspokojenie tak ogromnego, a dla uczestników rynków komunikacji elektronicznej groźnego apetytu.

Zgoła inaczej jawią się szanse powodzenia drugiej strategii PO, zmierzającej do "osłabienia" - jak to podczas kampanii wyborczej ujął Donald Tusk - mediów publicznych. Tu sojuszników nawet nie trzeba szukać, bo zgłaszają się sami. Na łamach "Gazety Wyborczej" Dominika Wielowiejska wprawdzie skrytykowała zamysł koncentracji władzy w UKE, ale za to bardzo pochwaliła plan "usunięcia wciąż aktywnego PiS-owskiego układu w TVP i Polskim Radiu", by następnie stwierdzić, iż "dobrze byłoby, gdyby rząd odważył się na prywatyzację, pozostawiając w rękach państwa jeden kanał telewizyjny i jeden radiowy". I po kilku dniach minister Rafał Grupiński nie wykluczył, że jeden z programów TVP zostanie sprywatyzowany, drugi pozbawiony reklam, a trzeci "zwrócony" w całości ośrodkom regionalnym, czyli jako program ogólnopolski - po prostu zlikwidowany.

Z kolei cytowany przez "Dziennik" mecenas Józef Birka, reprezentujący Polsat, nie krył entuzjazmu dla likwidacji abonamentu i zastąpienia go dotacjami budżetowymi w ramach Funduszu Misji Publicznej, zasilanego również z kiesy nadawców komercyjnych. "Od dawna podkreślaliśmy, że stacje komercyjne zgodzą się łożyć na telewizję publiczną, ale pod jednym warunkiem. Należy pozbawić ją reklam albo istotnie ograniczyć ich liczbę" - stwierdził mecenas Birka. I PO już zapowiada pozbawienie tego, co zostanie z TVP, dochodów z reklam. Bo też dopiero w kombinacji z tym ostatnim rozwiązaniem obietnica całkowitej likwidacji abonamentu od i stycznia 2009 r. może naprawdę szybko przetrącić kark telewizji publicznej. Z publicznym radiem pójdzie jeszcze łatwiej; większość jego przychodów pochodzi z abonamentu, a nie z reklam. Warto przypomnieć, że sama tylko retoryka antyabonamentowa (bez żadnych zmian w prawie) polityków PO przyniosła w styczniu 2008 r. spadek poboru abonamentu w stosunku do stycznia 2007 r. o 27 proc.

Niecierpliwość, z jaką koncern Agora piórem publicystów "GW" składa PO propozycję rodzącą skojarzenia z tematyką pogwarek Rywina z Michnikiem i Rapaczynską za czasów rządu Millera, może nieco zaskakiwać, ale tylko nieco. W końcu to politycy PO jako pierwsi zaczęli wysyłać sygnały, że chodzi im o coś więcej niż tylko o "usunięcie PiS-owskiego układu". W dziejach III RP żadna inna siła polityczna nie wypowiedziała tak totalnej wojny mediom publicznym w interesie mediów prywatnych.

Po szykowanych przez PO kuracjach (antyabonementowej i antyreklamowej) z mediów publicznych pozostanie niewiele, ale nadal wystarczająco sporo, by opłacało się nad taką "masą upadłościową" przejąć kontrolę, nawet dzieląc się częścią łupu z LiD w zamian za pomoc w odrzuceniu prezydenckiego weta. Trwają na ten temat już jawne negocjacje.

Sama Platforma ma jednak szansę zyskać jeszcze więcej w sposób pośredni: wdzięczność nadawców komercyjnych, którzy dostaną do podziału dotąd niedostępną dla nich znaczną część rynku reklamowego, może przydać się przy różnych okazjach, a najbardziej w trakcie kampanii wyborczych. Gdyby zaś większość parlamentarna uznała, że prywatni beneficjenci "osłabienia" mediów publicznych są nie dość wdzięczni, zawsze może ich postraszyć uchwaleniem np. wyższych danin na rzecz Funduszu Misji Publicznej lub czymś innym w tym rodzaju.

Dopóki PO będzie się cieszyć wysokim poparciem w sondażach, w trudnej sytuacji będą krytycy jej polityki medialnej. Dla podatkowych PO-pulistów abonament - jako niepopularny "parapodatek" - to łatwy cel ataków. Uwolnienie obywateli od takiego ciężaru łatwo będzie rządzącym rozgrywać propagandowo, za to obrońcom mediów publicznych trudniej będzie wytłumaczyć, że to nimi kieruje prawdziwa troska o dobro wspólne.

A jednak powinni cierpliwie wyjaśniać, że właśnie dzięki swojemu obecnemu potencjałowi i pozycji rynkowej TVP jest jedną z wiodących instytucji promocji i rozwoju kultury narodowej. Że ograbiona z pomocy publicznej, a zarazem pozbawiona prawa do skutecznego konkurowania na rynku reklamowym nie zdoła skutecznie pełnić takiej misji. Trzeba powtarzać, że np. bez finansowego wsparcia TVP Andrzej Wajda nie miałby za co nakręcić nominowanego do Oscara "Katynia". Środki na ten cel przeznaczało kolejno trzech różnych prezesów TVP: Dworak, Wildstein i Urbański, co stanowi zresztą dowód na to, że kulturotwórcza misja TVP była realizowana bez względu na polityczne barwy jej szefów.

TVP jest medium kapitalnym, jeśli chodzi o tworzenie, i bezkonkurencyjnym, jeśli chodzi o upowszechnianie kultury narodowej. Dla ogromnych rzesz obywateli to jedyny teatr, jedyna sala koncertowa, a nawet jedyne kino, do których mogą regularnie "uczęszczać" przed swoimi telewizorami. W finale to właśnie telewidzowie i radiosłuchacze okażą się głównymi ofiarami strategii PO.

Ani TVN, ani Polsat, ani nikt inny, kto włączy się do wyścigu po wejściu w erę cyfryzacji, nie zechce i nie zdoła TVP i Polskiego Radia zastąpić w roli mecenasów i popularyzatorów kultury i edukacji obywatelskiej. Liderów PO realizujących strategię "osłabiania" zdaje się to nie martwić. Ich brak wrażliwości na tego rodzaju argumenty dał się zauważyć już dwa lata temu, podczas głosowania nad ustawą o Polskim Instytucie Sztuki Filmowej - tylko PO była przeciwna jego powołaniu.

Możliwe, że większości parlamentarnej uda się media publiczne zepchnąć do drugiej ligi, weto prezydenckie z pomocą LiD odrzucić, a niekonstytucyjne rozwiązania wprowadzić w życie, zanim Trybunał Konstytucyjny zdąży je zakwestionować. Kto jednak z premedytacją chce zdegradować media publiczne, będzie kiedyś musiał zdać sprawę ze skutków takiej polityki.

Jeszcze prędzej nadejdzie czas, w którym objawi się fikcyjność pokus, jakie dziś PO roztacza przed swoim koalicjantem - PSL. Chodzi tu przede wszystkim o tworzenie iluzji, że publiczne media regionalne - radiowe i telewizyjne - da się utrzymać na garnuszkach samorządów wojewódzkich. Nie da się. A gdy już ta niemożność stanie się oczywistym faktem finansowym, jedyną alternatywą okaże się ich prywatyzacja oznaczająca w praktyce unicestwienie obecnego charakteru ich oferty programowej.

Kiedy świadomie prowokowana przez PO zapaść mediów publicznych stanie się faktem, przyjdzie czas na plan ratunkowy, czyli prywatyzację. Pozostaną pojedyncze anteny, które ze względu na sposób finansowania zostaną całkowicie zwasalizowane przez rządzącą aktualnie większość. Wówczas snucie rozważań, czy Platforma Obywatelska i jej partnerzy doprowadzili do takiej sytuacji z powodu liberalnych, ideologicznych uprzedzeń, czy tylko z powodu politycznego cynizmu, stanie się tematem sporów tyleż ciekawych, co czysto akademickich.


 




Szanowny Panie Premierze,

z największym niepokojem przyglądamy się prowadzonym przez rząd działaniom wobec publicznej radiofonii i telewizji. Są instytucje, które niełatwo zreformować, ale bardzo łatwo zniszczyć. Publiczne radio i telewizja należą do tej kategorii. Wieloletnie upolitycznianie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i smutny spektakl karuzeli niekompetencji obserwowany od lat, a ostatnio za rządów PiS, nie stanowią dostatecznego powodu, by naruszać instytucjonalny dorobek wielu pokoleń ludzi kultury.

czytaj więcej


Stanowisko KRRiT z 11 marca 2008 r. w sprawie zapowiedzi ograniczenia i likwidacji abonamentu radiowo-telewizyjnego Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, podzielając opinię wielu środowisk twórczych, wyraża stanowczą dezaprobatę wobec planów radykalnej zmiany zasad funkcjonowania i finansowania mediów publicznych.

czytaj więcej


Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, kto w koalicji rządzącej ma ten zbrodniczy pomysł zamordowania Polskiego Radia. Bo co będzie z telewizją, to ja nie wiem. Jedne projekty mówią o ograniczeniu abonamentu, inne o całkowitej likwidacji. A potem czytam w jednej z gazet, że telewizję w ogóle trzeba sprywatyzować. Więc ja mówię: wraca Rywin.

czytaj więcej


"Trzeba walić prawdę, choćby nawet bolało" krzyczy tytuł wywiadu z Edwardem Miszczakiem w "Gazecie Wyborczej" z 13 marca br. Problem w tym, że w swoich odpowiedziach dyrektor programowy TVN ma, mówiąc oględnie, kłopoty z faktami. Ponieważ pan dyrektor Miszczak w swoich frywolnych wypowiedziach zaczepia TVP i jej prezesa, pozwalam sobie na polemikę.

czytaj więcej