Artykuły
Jan Polkowski, dyrektor BZiSK TVP o nowelizacji
ustawy medialnej Partia Donalda Tuska chce dokonać skoku na
media publiczne oraz uzależnić od siebie telewizje komercyjne.
Tekstem Jana Polkowskiego rozpoczęto na łamach "Polski"
debatę o nowelizacji ustawy medialnej.
"Polska" (14-03-2008), str. 12: "Nowelizacja
ustawy medialnej to powtórka afery Rywina"
Autor: Jan Polkowski
Partia Donalda Tuska chce dokonać skoku na media publiczne
oraz uzależnić od siebie telewizje komercyjne.
Tekstem Jana Polkowskiego otwieramy na łamach "Polski"
debatę o nowelizacji ustawy medialnej. W najbliższych dniach
opublikujemy polemiki Józefa Birki z telewizji Polsat, Karola
Smoląga z TVN oraz Jacka Żakowskiego z tygodnika "Polityka".
Platforma Obywatelska przymierza się do nowelizacji ustawy
o radiofonii i telewizji z myślą o własnych korzyściach, kamuflując
to rytualnym powtarzaniem hasła "odpolitycznienia".
Gdyby jednak jej ambicje ograniczały się do wymiany składu
osobowego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz władz
TVP i spółek radiofonii publicznej, bicie na trwogę można
by uznać za przesadę. Ale sprawy wyglądają znacznie gorzej.
PO - acz z różnymi szansami powodzenia - chce realizować
dwie groźne strategie: strategię zdobycia kontroli nad połączonym
rynkiem telekomunikacyjnym i radiowo-telewizyjnym oraz strategię
marginalizacji i zwasalizowania mediów publicznych. Zarówno
z projektu nowelizacji, z deklaracji zniesienia abonamentu,
jak i z wypowiedzi liderów PO - z premierem na czele - wynika,
że tym razem szykowana jest rewolucja, w której media publiczne
odegrają rolę ofiary, a nie tylko łupu.
Część ekspertów i polityków opozycji (zwłaszcza LiD) zarzuca
autorom nowelizacji, że planując "kolejny skok"
na media publiczne, chcą powtórzyć grzech popełniony dwa lata
wcześniej przez koalicję PiS, LPR i Samoobronę. Otóż warto
zauważyć, że tamten "skok" nie dość, że ograniczył
się do przejęcia przez parlamentarną większość kontroli nad
KRRiT i zmniejszenia jej liczebności do pięciu członków, to
zmiany personalne w mediach publicznych nastąpiły dopiero
po zakończeniu kadencji rad nadzorczych i zarządów.
PO zmierza zaś do ponownego zwiększenia liczebności KRRiT
oraz do zmiany systemu podejmowania przez nią uchwał w sposób
(zwykłą większością zamiast kwalifikowaną), który zmarginalizuje
znaczenie debaty i dochodzenia do decyzji w drodze konsensusu,
a tym samym członków KRRiT mianowanych przez prezydenta RP
oraz innych pozostających tam w mniejszości pozbawi wpływu
na jej decyzje. PO zamierza także przerwać trwające kadencje
rad nadzorczych TVP oraz spółek radia publicznego.
Na takim tle działania sprzed dwóch lat były zaledwie "skoczkiem",
który zresztą zmierzał do zwiększenia ideowego pluralizmu
na rynku mediów, a ustrojowych fundamentów nawet nie tknął.
Wysadzenie owych fundamentów przewiduje za to nowelizacja
przygotowana przez PO. Projekt odbiera konstytucyjnemu, kolektywnemu
organowi, jakim jest KRRiT, uprawnienia regulatora i przenosi
je do Urzędu Komunikacji Elektronicznej, kierowanego jednoosobowo
przez prezesa podległego premierowi. To oznacza uzależnienie
od rządu nie tylko nadawców publicznych, ale i wszystkich
pozostałych. To już wystarczający powód, by bić na alarm,
a skala zagrożenia jest jeszcze większa.
Ze względu na kompetencje, jakie UKE posiada już obecnie,
może dojść do skupienia w jednych rękach kontroli zarówno
nad rynkiem telekomunikacyjnym, jak i radiowo-telewizyjnym.
Takie wcielenie formuły dwa w jednym nie dość, że oznaczałoby
podporządkowanie rządowi sektora gospodarczego o wielomiliardowych
rocznych obrotach, to na domiar złego komasację rządowej kontroli
nad lwią częścią sfery komunikacji społecznej w ogóle.
A to wszystko w przeddzień rewolucji cyfryzacyjnej, która
m.in. będzie oznaczać, że zwielokrotnieniu ulegnie ilość chętnych
ustawiających się w kolejce po koncesje nadawcze. Prezes UKE
zyska władzę zbudowania od podstaw nowego, połączonego rynku
"pankomunikacyjnego" i rozdania jego uczestnikom
ról na długie lata. Jest nadzieja, że opisana powyżej strategia
PO nie zostanie zrealizowana, przede wszystkim z braku sojuszników.
Wpływowe siły w świecie polityki i mediów nie mają interesu
w tym, by ułatwić rządzącym zaspokojenie tak ogromnego, a
dla uczestników rynków komunikacji elektronicznej groźnego
apetytu.
Zgoła inaczej jawią się szanse powodzenia drugiej strategii
PO, zmierzającej do "osłabienia" - jak to podczas
kampanii wyborczej ujął Donald Tusk - mediów publicznych.
Tu sojuszników nawet nie trzeba szukać, bo zgłaszają się sami.
Na łamach "Gazety Wyborczej" Dominika Wielowiejska
wprawdzie skrytykowała zamysł koncentracji władzy w UKE, ale
za to bardzo pochwaliła plan "usunięcia wciąż aktywnego
PiS-owskiego układu w TVP i Polskim Radiu", by następnie
stwierdzić, iż "dobrze byłoby, gdyby rząd odważył się
na prywatyzację, pozostawiając w rękach państwa jeden kanał
telewizyjny i jeden radiowy". I po kilku dniach minister
Rafał Grupiński nie wykluczył, że jeden z programów TVP zostanie
sprywatyzowany, drugi pozbawiony reklam, a trzeci "zwrócony"
w całości ośrodkom regionalnym, czyli jako program ogólnopolski
- po prostu zlikwidowany.
Z kolei cytowany przez "Dziennik" mecenas Józef
Birka, reprezentujący Polsat, nie krył entuzjazmu dla likwidacji
abonamentu i zastąpienia go dotacjami budżetowymi w ramach
Funduszu Misji Publicznej, zasilanego również z kiesy nadawców
komercyjnych. "Od dawna podkreślaliśmy, że stacje komercyjne
zgodzą się łożyć na telewizję publiczną, ale pod jednym warunkiem.
Należy pozbawić ją reklam albo istotnie ograniczyć ich liczbę"
- stwierdził mecenas Birka. I PO już zapowiada pozbawienie
tego, co zostanie z TVP, dochodów z reklam. Bo też dopiero
w kombinacji z tym ostatnim rozwiązaniem obietnica całkowitej
likwidacji abonamentu od i stycznia 2009 r. może naprawdę
szybko przetrącić kark telewizji publicznej. Z publicznym
radiem pójdzie jeszcze łatwiej; większość jego przychodów
pochodzi z abonamentu, a nie z reklam. Warto przypomnieć,
że sama tylko retoryka antyabonamentowa (bez żadnych zmian
w prawie) polityków PO przyniosła w styczniu 2008 r. spadek
poboru abonamentu w stosunku do stycznia 2007 r. o 27 proc.
Niecierpliwość, z jaką koncern Agora piórem publicystów "GW"
składa PO propozycję rodzącą skojarzenia z tematyką pogwarek
Rywina z Michnikiem i Rapaczynską za czasów rządu Millera,
może nieco zaskakiwać, ale tylko nieco. W końcu to politycy
PO jako pierwsi zaczęli wysyłać sygnały, że chodzi im o coś
więcej niż tylko o "usunięcie PiS-owskiego układu".
W dziejach III RP żadna inna siła polityczna nie wypowiedziała
tak totalnej wojny mediom publicznym w interesie mediów prywatnych.
Po szykowanych przez PO kuracjach (antyabonementowej i antyreklamowej)
z mediów publicznych pozostanie niewiele, ale nadal wystarczająco
sporo, by opłacało się nad taką "masą upadłościową"
przejąć kontrolę, nawet dzieląc się częścią łupu z LiD w zamian
za pomoc w odrzuceniu prezydenckiego weta. Trwają na ten temat
już jawne negocjacje.
Sama Platforma ma jednak szansę zyskać jeszcze więcej w sposób
pośredni: wdzięczność nadawców komercyjnych, którzy dostaną
do podziału dotąd niedostępną dla nich znaczną część rynku
reklamowego, może przydać się przy różnych okazjach, a najbardziej
w trakcie kampanii wyborczych. Gdyby zaś większość parlamentarna
uznała, że prywatni beneficjenci "osłabienia" mediów
publicznych są nie dość wdzięczni, zawsze może ich postraszyć
uchwaleniem np. wyższych danin na rzecz Funduszu Misji Publicznej
lub czymś innym w tym rodzaju.
Dopóki PO będzie się cieszyć wysokim poparciem w sondażach,
w trudnej sytuacji będą krytycy jej polityki medialnej. Dla
podatkowych PO-pulistów abonament - jako niepopularny "parapodatek"
- to łatwy cel ataków. Uwolnienie obywateli od takiego ciężaru
łatwo będzie rządzącym rozgrywać propagandowo, za to obrońcom
mediów publicznych trudniej będzie wytłumaczyć, że to nimi
kieruje prawdziwa troska o dobro wspólne.
A jednak powinni cierpliwie wyjaśniać, że właśnie dzięki
swojemu obecnemu potencjałowi i pozycji rynkowej TVP jest
jedną z wiodących instytucji promocji i rozwoju kultury narodowej.
Że ograbiona z pomocy publicznej, a zarazem pozbawiona prawa
do skutecznego konkurowania na rynku reklamowym nie zdoła
skutecznie pełnić takiej misji. Trzeba powtarzać, że np. bez
finansowego wsparcia TVP Andrzej Wajda nie miałby za co nakręcić
nominowanego do Oscara "Katynia". Środki na ten
cel przeznaczało kolejno trzech różnych prezesów TVP: Dworak,
Wildstein i Urbański, co stanowi zresztą dowód na to, że kulturotwórcza
misja TVP była realizowana bez względu na polityczne barwy
jej szefów.
TVP jest medium kapitalnym, jeśli chodzi o tworzenie, i bezkonkurencyjnym,
jeśli chodzi o upowszechnianie kultury narodowej. Dla ogromnych
rzesz obywateli to jedyny teatr, jedyna sala koncertowa, a
nawet jedyne kino, do których mogą regularnie "uczęszczać"
przed swoimi telewizorami. W finale to właśnie telewidzowie
i radiosłuchacze okażą się głównymi ofiarami strategii PO.
Ani TVN, ani Polsat, ani nikt inny, kto włączy się do wyścigu
po wejściu w erę cyfryzacji, nie zechce i nie zdoła TVP i
Polskiego Radia zastąpić w roli mecenasów i popularyzatorów
kultury i edukacji obywatelskiej. Liderów PO realizujących
strategię "osłabiania" zdaje się to nie martwić.
Ich brak wrażliwości na tego rodzaju argumenty dał się zauważyć
już dwa lata temu, podczas głosowania nad ustawą o Polskim
Instytucie Sztuki Filmowej - tylko PO była przeciwna jego
powołaniu.
Możliwe, że większości parlamentarnej uda się media publiczne
zepchnąć do drugiej ligi, weto prezydenckie z pomocą LiD odrzucić,
a niekonstytucyjne rozwiązania wprowadzić w życie, zanim Trybunał
Konstytucyjny zdąży je zakwestionować. Kto jednak z premedytacją
chce zdegradować media publiczne, będzie kiedyś musiał zdać
sprawę ze skutków takiej polityki.
Jeszcze prędzej nadejdzie czas, w którym objawi się fikcyjność
pokus, jakie dziś PO roztacza przed swoim koalicjantem - PSL.
Chodzi tu przede wszystkim o tworzenie iluzji, że publiczne
media regionalne - radiowe i telewizyjne - da się utrzymać
na garnuszkach samorządów wojewódzkich. Nie da się. A gdy
już ta niemożność stanie się oczywistym faktem finansowym,
jedyną alternatywą okaże się ich prywatyzacja oznaczająca
w praktyce unicestwienie obecnego charakteru ich oferty programowej.
Kiedy świadomie prowokowana przez PO zapaść mediów publicznych
stanie się faktem, przyjdzie czas na plan ratunkowy, czyli
prywatyzację. Pozostaną pojedyncze anteny, które ze względu
na sposób finansowania zostaną całkowicie zwasalizowane przez
rządzącą aktualnie większość. Wówczas snucie rozważań, czy
Platforma Obywatelska i jej partnerzy doprowadzili do takiej
sytuacji z powodu liberalnych, ideologicznych uprzedzeń, czy
tylko z powodu politycznego cynizmu, stanie się tematem sporów
tyleż ciekawych, co czysto akademickich.
|