Artykuły
"Fakt" (11 czerwca 2008), "PO chce
pozyskać widzów TVP" - rozmowa z Prezesem TVP S.A.
Firma, która kupi rozparcelowaną telewizję publiczną, kupi
tym samym widzów, a więc również udział w rynku reklamowym.
To PO będzie kontrolowała ten proces" - rozmowa z Andrzejem
Urbańskim, Prezesem TVP S.A.
Łukasz Warzecha: - Co właściwie rząd chce zrobić
z telewizją publiczną?
Andrzej Urbański: - Długo nie mogłem uwierzyć, że nie chodzi
o wstawienie do mediów publicznych swoich ludzi, ale po prostu
o likwidację TVP. Tak jednak faktycznie jest. Ujawniony przez
prasę projekt PO zakłada, że w miejsce TVP powstaną: jedna
spółka akcyjna nastawiona na misję, druga - na zysk, a ośrodki
regionalne odda się we władzę marszałków województw. To zaś
oznacza, że bardzo szybko zostaną one połączone w trzecią
spółkę i sprywatyzowane, bo tylko pracując razem, jako ogólnopolskie
pasmo, będą mieć szansę na przychody z reklamy.
Ale gdzie tu likwidacja telewizji publicznej?
- Zamiast jednej TVP będziemy mieli trzy osobne spółki. Kanałowi
misyjnemu wkrótce zabraknie pieniędzy. Jeśli zostanie podjęta
decyzja, żeby go wspomóc z budżetu państwa, to będzie to forma
pomocy publicznej, którą będzie mogła zablokować Komisja Europejska
w Brukseli. A jeśli ta pomoc nie zostanie udzielona, to zjawi
się w końcu ktoś, kto zaproponuje, że obejmie 30 procent akcji.
Czyli resztówka po telewizji publicznej przestanie być publiczna.
Co do kanału komercyjnego - też nie ma pewności, że sobie
poradzi. Spółka telewizyjna tylko z jedną anteną to przeżytek
- dzisiaj trzeba mieć kilka, kilkanaście anten.
Rząd specjalnie chce zniszczyć publiczną telewizję?
Dlaczego?
- Znam Donalda Tuska dość dobrze. Przegrana debata z 2005
roku z Lechem Kaczyńskim była dla niego trauma-tycznym przeżyciem.
Bardzo trudna była też wygrana debata z Jarosławem Kaczyńskim
z 2007 roku. Oba te wydarzenia miały decydujący wpływ na wynik
wyborczy dzięki olbrzymiej widowni, rzędu 8-10 milionów widzów.
Tusk raz w ciągu 50 minut wszystko stracił i raz w takim samym
czasie wiele zyskał. Sądzę, że dlatego chce, aby już nigdy
żadna pojedyncza debata o niczym w Polsce nie przesądziła.
Strategia medialna, kampania PR-owska, owszem. Ale nie jedna
debata, która z jego punktu widzenia jest trochę jak rzucanie
monetą. Stąd hasło, że trzeba osłabić media publiczne.
Ostrzega pan, że planem rządu jest prywatyzacja całej
telewizji lub jej części. Zrozumiale, że każdy kolejny rząd
widział swój polityczny interes w obsadzeniu TVP swoimi ludźmi.
Ale gdyby TVP stała się prywatna, ta możliwość by zniknęła.
Więc gdzie tu interes Platformy?
- Firma, która kupi rozparcelowaną telewizję publiczną, kupi
tym samym widzów, a więc również udział w rynku reklamowym.
To PO będzie kontrolowała proces przekształcania czy likwidacji
Telewizji Polskiej. To, co próbowali zrobić Aleksandra Jakubowska
i Lew Rywin, to przy tym amatorszczyzna. Tam chodziło tylko
o to, żeby komuś dać szansę na zrobienie interesu. Tutaj nastąpi
wyczyszczenie połowy rynku i ktoś będzie mógł tę połowę rynku
zająć. Do tego dochodzi jeszcze zbliżający się konkurs na
operatora telewizji cyfrowej. Szykuje się polityczno-biznesowy
interes na gigantyczną skalę.
Mam rozumieć, że ktoś dostanie od Platformy resztówkę
po TVP oraz kupi multipleks, a w zamian będzie robił tej partii
w swoich mediach dobry wizerunek? To taki prosty układ?
- To bardziej złożone. Chodzi o język, jakim media opisują
rzeczywistość. To on wpływa na wyborców, determinuje ich sposób
myślenia, a więc i głosowania. Po aferze Rywina zmienił się
język opisu rzeczywistości i dzięki temu nastąpiło oczyszczenie.
Teraz ten nowy język jest w odwrocie, powraca ten sprzed afery.
Tej zmiany nie napędzają politycy, ale media.
Czyli układ ma polegać na tym wy nam dajecie do ręki
potężny kawał rynku I zarazem potężne narzędzie oddziaływania
my w zamian używamy tego narzędzia, zęby niepostrzeżenie urobić
wyborców poprzez serwowanie Im określonego sposobu opisywania
rzeczywistości. Czy tak?
- Generalnie tak, tyle że tam w ogóle nie muszą padać takie
słowa, ponieważ pewne podmioty medialne są zdefiniowane same
z siebie.
Jakie?
- Nie chcę podawać przykładów z naszego podwórka. Powiedzmy
o brytyjskim "Guardianie". Wiadomo, że jest lewicowo-liberalny
i nie trzeba go namawiać, żeby o polityce pisał w taki właśnie
sposób. Tak to działa. Jeśli pewna polska medialna spółka
akcyjna dostanie telewizję, to będzie po prostu robić to samo,
co do tej pory. To wystarczy. I nikt z nikim nie będzie musiał
się specjalnie umawiać.
Jednak PO wspiera się poważnymi argumentami. Jednym
z nich jest upolitycznienie TVP. Pan też jest prezesem z politycznego
nadania, jak każdy przed panem...
- Gwoli ścisłości, jestem prezesem z konkursu, choć nie będę
oczywiście udawał, że nie mam żadnej politycznej konotacji
Ale przecież nie chodzi o moje poglądy, lecz o to, co widać
na ekranie.
Upolitycznienie jest faktem, to wynika z samej konstrukcji
telewizji publicznej.
- Żeby udowodnić tezę o skrajnym upolitycznieniu i serwilizmie
politycznym TVP, trzeba by tu odkryć sieć nominatów PiS-u.
Szefowa Agencji Informacji Aleksandra Zawłocka, dyrektor TVP1
Dorota Macieja czy Krzysztof Rak, szef "Wiadomości",
grupa kilkunastu osób, która przeszła z "Wprost"
- to nie są ludzie PiS-u. Podobnie jak nigdy człowiekiem PiS-u
nie był Bronisław Wildstein, a już na pewno nie są nimi Tomasz
lis, Hanna Lis czy Piotr Kraśko. Ja żadnemu z nich nic nie
podpowiadam. Nie z tego piętra steruje się polityką. Polityką
steruje się stamtąd, gdzie zapada decyzja o powstaniu filmu
"Dramat w trzech aktach".
Chce mi pan wmówić, że TVP pozostaje wolna od wszelkich
nacisków?
- Oczywiście, że nie. Wszędzie, gdzie istnieją media publiczne,
jest skłonność do wywierania jakiegoś typu nacisku politycznego.
Pytanie, w jakim stopniu to medium się naciskowi podporządkuje.
Czy u nas jest w ogóle możliwy model taki jak w BBC,
gdzie wprawdzie dyrektora mianuje premier, ale potem nie może
mu już kompletnie nic nakazać ani nic zrobić? A może zawsze
będzie tak, jak jest?
- Groźba nacisków będzie istniała zawsze. Kiedy pierwszy
raz pojechałem do Agencji Informacji na plac Powstańców, powiedziałem,
że obiecuję i domagam się jednego: że polityka w tej firmie
będzie się zawsze zaczynać i kończyć na mnie. Jeżeli złapię
kogoś na tym, że sam odbiera zlecenia od polityków - rozstaniemy
się.
- W takim razie, co jeszcze robi na Woronicza Patrycja
Kotecka?
- To specyficzna sytuacja Jeśli pana żona pracowałaby na
przykład przy premierze, to czy pana powinien obowiązywać
prewencyjny zakaz pisania? A jeśli pan pyta, czy mam dowody,
że pani Kotecka przyjmowała swego rodzaju polityczne zlecenia,
to ja takich dowodów nie mam.
Wobec TVP wysuwany jest często zarzut, że nie realizuje
misji, ale preferuje komercję, do tego nierzadko tandetną.
- To szczyt hipokryzji. Misyjność jest definiowana przez
dyrektywę Komisji Europejskiej. Ta dyrektywa mówi, że misją
jest dostarczanie wszystkim wszystkie go: zabawy, rozrywki,
kultury wysokiej i popularnej. To jest wielki dorobek europejskich
telewizji publicznych, które dzięki temu nie zamieniły się
w kanał "kultura". Telewizje komercyjne - na przykład
TVN - ustawiają program tak, żeby mieć jak najwięcej widzów
z grupy docelowej dla reklamodawców. To majętni ludzie w wieku
16-49 lat, z dużych ośrodków miejskich, łącznie jakieś 15
proc. społeczeństwa. Ja muszę go ustawiać tak, żeby każdy
obywatel znalazł coś dla siebie.
Dlaczego abonament powinien zostać?
- Z dwóch powodów. Pierwszy - bo taka jest norma europejska.
Media publiczne są finansowane z abonamentu, ponieważ mają
ograniczony dostęp do reklamy. Drugi - w Europie wypracowano
zasadę, że telewizja publiczna to telewizja obywateli, bo
oni ją finansują. W Niemczech trybunał konstytucyjny zakwestionował
zwolnienie emerytów z abonamentu, stwierdzając, że w ten sposób
zostają ograniczone ich prawa obywatelskie. Nakazał rządowi
refundowanie emerytom tych pieniędzy, tak aby nadal mogli
abonament opłacać i dzięki temu być właścicielami cząstki
telewizji publicznej.
Przecież pieniądze na telewizje publiczną tak czy
owak idą z kieszeni podatników - czy to poprzez abonament
czy z budżetu, poprzez fundusz misji.
- Fundusz misji to najgroźniejszy pomysł. Kto będzie wtedy
rozdzielał pieniądze? Nie rynek, nie twórcy, tylko urzędnik.
A ten urzędnik będzie przyznawał fundusze nie telewizji albo
twórcom, ale producentom, być może tym szczególnie zaprzyjaźnionym.
To próba upaństwowienia polskiej kultury po raz drugi.
Zdaje pan sobie sprawę, ze te argumenty wobec widzów
niewiele zdziałają? Nikt nie chce płacić dodatkowego podatku.
- Zgoda. Dlatego trzeba szukać innych rozwiązań. Na przykład
refundować abonament albo odpisywać go od podatku.
Jak się panu udało nakłonić komercyjnych konkurentów
do wspólnego głosu w sprawie utrzymania abonamentu?
- Daję słowo, że propozycja była nie moja, ale jednego z
dwóch prezesów, którzy podpisali ze mną list w tej sprawie.
Nie trzeba było ich do tego namawiać. Oni wyszli z prostego
założenia: albo rynek do 2012 roku się ustabilizuje, czyli
ci, co dziś są na nim mocni, zainwestują pieniądze w cyfryzację,
albo rynek zostanie zdestabilizowany, bo największy gracz,
czyli TVP, się rozpłynie. I w to miejsce pojawi się ktoś inny.
Prezes Walter użył sformułowania: "Berlusconi lub Gazprom".
I Polsat, i ITI mają interes w tym, żeby rynek był stabilny
i żeby TVP była w stanie współfinansować proces cyfryzacji
telewizji w Polsce.
Pozostaje pytanie zasadnicze: czy w ogóle jest nam
potrzebna telewizja publiczna? Są przecież kraje, gdzie jej
nie ma i tragedia się tam nie dzieje.
- W Europie to reguła, choć są takie kraje jak Węgry, gdzie
telewizja publiczna jest bardzo słaba. Podobnie jest też na
Ukrainie, gdzie w wyniku innego rodzaju procesów - tam w grze
brali udział oligarchowie - telewizja publiczna ma mniej niż
2 procent rynka Ale wiem, że na Ukrainie szykowana będzie
ustawa, która pozwoli odbudować pozycję publicznych mediów.
Nie ma na naszym kontynencie inne go kraju bez silnych mediów
publicznych, ponieważ w Europie przyjęto zasadę, że te media
są fundamentem debaty publicznej.
|